Dziś troszkę o słowach niecenzuralnych. Po co w ogóle ich używamy? Czy są sytuacje, w których używanie wulgaryzmów jest usprawiedliwione? Jak się oduczyć przeklinania i czy w ogóle jest sens z tym walczyć?

Przykro to stwierdzić, ale jesteśmy zalewani wulgaryzmami, gdziekolwiek się znajdujemy. Przeklinanie słychać wszędzie: na ulicy, w biurach, a co gorsza – w domach. Nie lepiej jest w internecie, gdzie wiele dyskusji, nawet całkiem sensownych, pełnych jest „mięsa”. Im więcej tego słyszymy, tym bardziej na to obojętniejemy. A szkoda.

Kiedy i dlaczego przeklinamy?

Przeklinamy w sytuacjach, kiedy targani jesteśmy emocjami: zarówno pozytywnymi jak i negatywnymi. Zaklniemy więc zarówno ze złości czy bezsilności, jak i z zachwytu. Przeklinamy również wtedy, kiedy opowiadamy jakieś historie, gdzie użycie słów uznanych za niecenzuralne jest absolutnie niezbędne. Niestety – przeklinamy także zupełnie bez powodu, stosując wulgaryzmy niczym znak interpunkcyjny. Większość z nas hamuje się z używaniem wulgaryzmów przy osobach starszych lub przy powszechnie szanowanych, natomiast nie przejmujemy się obecnością życiowego partnera czy znajomych.

Niektórzy z nas przeklinają, bo przez lata byli strofowani w rodzinnym domu za nawet niewinne „przekleństwa”, takie jak „dupa”. Takie wychowanie wzbudziło przekorę i efekt jest taki, że po wyprowadzce od rodziców odreagowujemy „tresurę” i bluzgamy przy każdej okazji oraz bez okazji.

Inni przeklinają, bo wręcz nie potrafią inaczej: tak przywykli do okraszania wypowiedzi wulgaryzmami, że zupełnie przestali to zauważać. A wokół brakuje kogoś, kto delikatnie zwróciłby uwagę… Poza tym mam wrażenie (może mylne), że jak ktoś nie lubi przeklinać, unika takiego słownictwa, to dla niektórych ludzi jest wręcz „podejrzany”. Sama oduczyłam się używania wulgaryzmów (o czym będzie mowa dalej) i osobiście tę reakcję zaobserwowałam. Jednak zauważyłam również plusy: niektórzy znajomi unikają przeklinania w mojej obecności, a jeśli się to zdarzy, to potrafią nawet przeprosić, co bardzo bardzo doceniam :)

Czy damie wypada używać wulgaryzmów?

Daleka jestem od poglądu, że mężczyźnie przeklinać wypada, a kobiecie z jakiegoś powodu nie. Wulgaryzmy brzmią źle bez względu na płeć. Dama nie jest istotą z innej planety, nie jest robotem, tylko człowiekiem. Więc nie przesadzajmy z tym, że damie nigdy nie wolno zakląć. Pani Beacie Tyszkiewicz, niewątpliwie damie z klasą, zdarza się użyć wulgaryzmów wręcz z pewnym wdziękiem. Zatem – oczywiście, że są takie sytuacje, kiedy użycie wulgaryzmu nie będzie żadnym faux-pas. Jednak to powinno mimo wszystko być okazjonalne, czymś spowodowane (nie ukrywam, że jeśli uderzę się młotkiem w palec to nie używam cenzuralnych słów…), a nie nagminne. Ważne jest, żeby rozróżniać sytuacje. To trochę tak jak z ubiorem: pewne rzeczy pasują na plażę, a inne do opery. Ze słownictwem niecenzuralnym jest podobnie: tu też można przesadzić lub niewłaściwie użyć. Czym innym jest opowiadanie dowcipu czy anegdoty, gdzie użycie wulgaryzmu jest niezbędne, by zachować sens, a czym innym jest przeklinanie „bo tak”.

Damie natomiast nie przystoi przeklinanie w miejscu publicznym. Pamiętajmy, że możemy zostać uznane za osoby pozbawione kultury osobistej, wulgarne, prymitywne i agresywne – a na takim wizerunku chyba nam nie zależy. Oczywiście możemy stwierdzić, że nie zależy nam na niczyjej opinii: ale jaką mamy pewność, że świadkiem naszego niekulturalnego zachowania nie będzie ktoś, kto dla nas z jakiegoś powodu jest osobą ważną? Może przez takie zachowanie stracimy szansę na poznanie wartościowych, ciekawych ludzi, którzy zwyczajnie się do nas zrażą? Pierwsze wrażenie odgrywa kolosalną rolę!

Dobrze jest przeklinanie jednak ograniczyć. Ono tak naprawdę nie ubarwia naszego języka, a go zubaża. Pozbawiamy się w ten sposób używania wielu ciekawych słów, którymi można wyrażać emocje. Popatrzmy choćby na neutralne dziś (niestety neutralne, ubolewam) słowo „zajebisty”. Można mieć zajebistą sukienkę. Można poznać zajebistego faceta. Ale można też być zajebiście wkurzonym, zajebiście złym. Po co zastępować tyle słów jednym, skoro można wyrażać się ładniej i ciekawiej?

Jak się oduczyć przeklinać i czy warto w ogóle to zrobić?

W moim rodzinnym domu się nie przeklinało. Co prawda nie byłam terroryzowana za użycie słowa dupa czy cholera, niemniej słów wulgarnych w domu nie było. Sama też nie czułam potrzeby używania ich do pewnego czasu. Całe studia nadal udawało mi się w miarę nie przeklinać, za to gorzej zrobiło się po studiach, kiedy na poważnie zaczęłam pracę. Nigdy nie stosowałam co prawda wulgaryzmów w charakterze znaków interpunkcyjnych, ale zauważyłam, że jednak tego jest zbyt dużo w moim słownictwie. Uznałam, że może warto z tym zawalczyć. Przeklinanie w moim wypadku było oznaką słabości, utraty kontroli nad własnymi emocjami. 

Zaczęłam od przeanalizowania, kiedy dokładnie przeklinam. Okazało się, że poza sytuacjami takimi jak nadepnięcie na klocek Lego, przeklinam najczęściej w towarzystwie osób, które również to robią. Tak jakby mi się udzielało od nich. Wiadomo, że nie będę zrywać z tego powodu kontaktu z kimś, kogo lubię, a pouczać też nie zamierzam. Problem miałam sama ze sobą i swoim językiem. Kiedy więc mówiłam jakieś zdanie i chciałam bez żadnego sensu użyć wulgaryzmu, dosłownie szczypałam się w rękę ;) Bardzo szybko zaczęłam już zastępować wulgaryzmy innymi słowami, a po jakimś czasie oduczyłam się całkowicie. Chyba że oglądam mecz piłki nożnej.

Plusem na pewno jest to, że mój język stał się bogatszy, zaczęłam też bardziej zastanawiać się nad tym co jak komunikuję, szczególnie we wzburzeniu.

Jak reagować na przeklinanie?

Nie będziemy strofować obcych ludzi, bo nie mamy do tego prawa. Co jednak, jeśli bliska nam osoba, na przykład mąż czy przyjaciółka, nadużywa przekleństw? Nie bójmy się powiedzieć, że nas to razi. Nie w formie pouczania rzecz jasna, ale w formie przyjacielskiej rozmowy. Jeśli to mąż przeklina, można zawsze powołać się na to, że chcemy, by w naszym wspólnym domu panowała miła i kulturalna atmosfera. Jeśli to przyjaciel/przyjaciółka, to powiedzmy, że takie słowa budzą w nas negatywne emocje, źle się czujemy kiedy słyszymy tego za dużo. Jeśli nasi bliscy nie są pozbawieni empatii, to nas nie wyśmieją. Być może najpierw się lekko oburzą, ale przemyślą tę kwestię.

W myśl popularnej dziś dewizy, żeby „być sobą” za wszelką cenę, niektórzy czują się usprawiedliwieni i zachowują się tak jakby zupełnie nie istniały zasady dobrego wychowania. Myślę, że jednak można być także sobą używając słów niewulgarnych, nawet jeśli wyrażamy silne emocje.

 

Dziś już zapowiadam tekst na temat archaicznej dziś nieco książki o savoir-vivre. „ABC dobrego wychowania” Ireny Gumowskiej to pierwsza książka o tej tematyce, którą przeczytałam, jeszcze w podstawówce. Dowiecie się, jakie zasady panowały w Polsce przełomu lat 50. i 60. i czy bardzo różniły się od dzisiejszych :)