Dawniej wrzesień oznaczał dla mnie konieczność gorączkowego poszukiwania lokum na kolejny rok, a tym samym konieczność zamieszkania z nowymi współlokatorami. A temat współlokatorów jest zawsze emocjonujący, ilekroć zdarza mi się rozmawiać na ten temat z przyjaciółmi, każdy ma w zanadrzu jakąś mrożącą krew w żyłach historię o robakach w dywanie, spleśniałych kartoflach i włosach łonowych na wannie. Mi nie trafiły się nigdy aż takie ekstrema, ale kilka historyjek się znajdzie.

Historia 1, z dreszczykiem

Pierwsze nasze wspólne mieszkanie, a w zasadzie pokój. Wyglądał niesamowicie – stara kamienica, jasne duże poddasze, wyglądało jak pracownia artystyczna. Nie miało mebli, ale właściciel – młody chłopak – stwierdził, że „załatwi”. Nie mieliśmy żadnego doświadczenia, więc zaufaliśmy. Podczas wprowadzania się zauważyliśmy, że panienki zajmujące sąsiedni pokój wynoszą swoje rzeczy. „Wy też tak skończycie!” – rozbrzmiała ich kasandryczna przepowiednia. Ale ja byłam pełna optymizmu, bo może się pokłóciły z właścicielem, może to jakieś ich prywatne porachunki. Trudno, olać. Wprowadziliśmy się. Z „załatwionych” mebli dostało nam się łóżko, ale szafy brak. Miała być za kilka dni, ale jak nie było, tak nie ma. Właściciel zajmował pokoik w WIEŻY. Tak, to taka kamieniczka z wieżyczką. Ponieważ szafy nadal nie było, przenieśliśmy się do pokoju po tamtych panienkach, były tam meble, a starej ogromnej szafy nie dało się przenieść. W mieszkaniu czułam się bardzo dziwnie i nieustannie się niepokoiłam. Właściciel był naprawdę dziwny i przychodzili do niego dziwni smutni ludzie. Bałam się zostawać tam sama, a ciemne interesy właściciela nie napawały optymizmem. Od czasu do czasu sprowadzał też jakąś panienkę, ale to mi nie przeszkadzało, bo chwilkę pohałasowali kopulacyjnie i szli spać totalnie pijani. Kiedy powiedziałam właścicielowi, że byli jacyś panowie do niego, powiedział: „NIE ZNASZ MNIE, NIE WIDZIAŁAŚ MNIE, WYJECHAŁEM W NIEZNANYM KIERUNKU”. Wtedy przestraszyłam się nie na żarty, bo skąd miałam wiedzieć, kto szuka typa i czy nie będzie chciał zdefasonować mi twarzy za chęć do życia i miłość do ojczyzny. Postanowiliśmy więc się wynieść, a że mijał akurat miesiąc, chcieliśmy zwiać nim trzeba było zapłacić za kolejny. Uciekliśmy dokładnie jak poprzednie lokatorki, a zdziwionego gościa spotkaliśmy pod domem :)

Historia 2, czyli lepszy smrodek niźli chłodek

Zaraz po ucieczce od typa spod ciemnej gwiazdy zamieszkaliśmy w takiej sympatycznej przybudówce z osobnym wejściem, przy domku jednorodzinnym. Dwa pokoje – w jednym my dwoje, a w drugim – dwóch dżentelmenów. Panowie byli (o zgrozo) kucharzami w jednej z większych sieciowych restauracji w Polsce. Palili papierochy, nie byli abstynentami, ale to było absolutnie najmniejszym kłopotem. Nie uznawali za stosowne wietrzyć pokoju (wyobraźcie sobie dwóch dorosłych facetów w małym pokoju, palą fajki, chleją i nie wietrzą!). Gdy zostawiali drzwi otwarte, przechodząc koło ich pokoju można było nabić się na ścianę smrodu. Sami w ogóle się nie myli zbytnio (kucharze!!!), nie robili prawie nigdy prania. Prali tylko firmowe mundurki, a zwykłe ciuchy baaardzo rzadko. Ogólnie byli nawet mili – pamiętam, jak leżałam z grypą i zalecili mi najlepszy ich zdaniem środek – wódeczkę. Ilekroć wychodziłam z pokoju, nalewali kieliszeczek tego panaceum ;) Jednak te plusy nie przysłaniały mi minusów – śmierdziało u nich jak diabli. Nigdy też nie kupowali papieru toaletowego. Papier wiadomo, nie kosztuje majątku, ale jednak mieszkamy w 4 osoby, to powinniśmy wszyscy się zrzucać albo kupować po kolei. Ale nie. Oni nie. Postanowiliśmy więc zrobić socjologiczny eksperyment. Papier schowaliśmy w pokoju i wynosiliśmy ze sobą idąc do toalety. Panowie tymczasem poznajdowali stare numery „Dziennika Bałtyckiego” i używali go w charakterze papieru toaletowego. Spoko, my dalej nosiliśmy papier. Specjalnie też się czaiłam by sprawdzić, czy panowie nie prowadzą analogicznego eksperymentu z nami, ale nie, nie byli na tyle sprytni. Po tym, jak skończyła się prasa, panowie stanęli przed dylematem – co dalej? Ale nie przyszło im do głowy kupić papier, o nie :) Postanowili skorzystać z kolorowych i śliskich programów TV i tym się podcierali. Serio. Przerażeni widmem zatkanego kibla wnieśliśmy znowu papier, bo wiedzieliśmy, że rozmowy nic nie dadzą.

Macie jakieś współlokatorskie historie? :)