Długo zabieram się do napisania recenzji tej książki. Bo ona jakoś tak się we mnie długo „trawi”, układa w głowie i… już zostaje. Porywam Was w świat moskiewskiego hotelu Metropol.

Bohater powieści, hrabia Rostow, stał się w wyniku historycznych zmian elementem we wczesnym ZSRR niepożądanym. Za błahe przewinienie staje przed sądem i zostaje, ku swojemu zdziwieniu, skazany na to, by nie opuszczał hotelu Metropol, w którym obecnie mieszka. Zamienia wytworny apartament na skromny pokoik, gdzie jednak udaje mu się przenieść nieco swoich rzeczy. Rozpoczyna się jego niecodzienna egzystencja i hotelowy „areszt”.

Zacznijmy od tego, że to sytuacja zupełnie niemożliwa w rzeczywistości – wrogowie ludu zostawali skazani na śmierć lub w najlepszym razie na 10-25 lat ciężkich robót na Syberii. Ale to kompletnie nie ma tu znaczenia, bo Towles chce nam pokazać zupełnie co innego. Choć oczywiście w książce znajdziemy postaci autentyczne, jak choćby prokuratora Wyszyńskiego.

Hotel Metropol staje się dla hrabiego siłą rzeczy całym światem. To taka Rosja, a w zasadzie ZSRR w miniaturze. Wychowany w dostatku, o doskonałych manierach hrabia obserwuje, jak zmienia się społeczeństwo i widzi sam swój własny upadek w dół społecznej hierarchii. Stara się usilnie nie poddawać i pielęgnuje jak tylko może swoje dawne zwyczaje.

Nie chcę tu streszczać akcji i opisywać perypetii hrabiego, gdyż to pozbawiłoby Was przyjemności obcowania z tą powieścią. Tym, co najbardziej na mnie podziałało, jest tęsknota zmieszana ze stoickim spokojem i cichą rezygnacją. Bo hrabia stracił cały swój świat. Ze spokojem go jednak odbudowuje. Korzysta z bogatego życia wewnętrznego (bo tylko ta wewnętrzna emigracja mu pozostaje). Obserwuje jak zmieniają się obyczaje, jak jeszcze wczoraj niepiśmienni ludzie awansują na wysokie stanowiska, jak rewolucja pochłania to, co kochał – Rosję Puszkina, Tołstoja, Turgieniewa. Jak na piedestał wchodzą nowi bohaterowie. Jak wczorajszy pan stał się towarzyszem.

W jednym z dialogów hrabiego z jego małą przyjaciółką Niną tłumaczy jej on:

–  To przyrząd do serwowania szparagów

–  Czy na bankiecie naprawdę potrzebny jest specjalny przyrząd do podawania szparagów?

–  A czy orkiestrze potrzebny jest fagot?

To zetknięcie starego z nowym, staroświeckiej dbałości o detale, z nową, rewolucyjną chęcią zburzenia starych porządków powtarza się raz po raz.

Myślą przewodnią „Dżentelmena w Moskwie” jest to, że prawdziwe bogactwo nosimy w sobie. I jakkolwiek by to banalnie nie zabrzmiało, jest to prawda uniwersalna. To samo przekazuje nam Victor Frankl w swoich wspomnieniach z obozu koncentracyjnego.

Polecam tę powieść dlatego, że sama przy niej się zatrzymałam, a o to w dzisiejszych czasach nie jest łatwo. Na jesienne wieczory to cudowna lektura.

Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak za książkę :)