Dziś Dzień Dziecka i trochę o dzieciach. Do dzieci mamy bardzo różny stosunek, najczęściej polegający na tym, że w zależności od własnych preferencji wrzucamy je do worka z napisem „małe potwory” lub „słodkie bobaski”. Czy tertium non datur? Datur, ale zawsze skrajności bardziej widać.

Do dzieci staram się podchodzić normalnie. Nie pieję nad nimi tylko dla tego, że są. Nie opędzam się też od ich towarzystwa. Zastanawia mnie jednak, ile warte są uczucia tych, co wszystkie dzieci tak uwielbiają, bo zazwyczaj kończy się na zachwytach, a o zwyczajnej rozmowie z dzieckiem (nie ich własnym) mowy nie ma.

Zacznijmy od bardzo dziwnego zwyczaju dorosłych, którzy poznając dziecko pytają się jak ma ono na imię. Niby logiczne, ale czemu po uzyskaniu odpowiedzi nikt się sam nie przedstawia? Serio to jest fajne?

– Jak masz na imię?

– Staś

… i nic, zero „a ja Basia”. Dzieciak ma być grzeczny i mores znać, ale dorosły nie.

I to sakramentalne pytanie „jak w szkole?” Nie znam głupszego pytania. Nigdy nie wiedziałam, co na nie odpowiadać poza zdawkowym „dobrze”. Może gdyby ktoś się pofatygował i zapytał, co ciekawego zrobiłam i widziałam czy co fajnego umiem, to coś by dało się odpowiedzieć. To już krok od pytań „masz już jakiegoś kawalera?” – co wszyscy znamy, bo mamy babcie i różne ciotunie w wieku emerytalnym.

Mam nieopisane wrażenie, że wielu spośród uwielbiających dzieci i piejących nad nimi tak naprawdę nie interesuje się nimi jako ludźmi. To takie słodkie, taki cudowny dzieciaczek, aj titit, chodź do cioci. Ble.

Poza tym mamusie kochane: nie jestem ciocią dla Waszych dzieci. Jestem nią dla mojego siostrzeńca i siostrzenicy, a nawet oni mówią mi po imieniu, co nie jest dla mnie żadną zniewagą. Natomiast dla Waszych skądinąd miłych pociech nigdy ciocią być nie zamierzam. To naprawdę nic strasznego, jak Wasza Ula i Wasz Janek powiedzą do mnie „Kasiu”. Wyluzujcie z tym „to jest przecież ciocia Kasia”.

Wśród małych ludzi bywają jednostki miłe i bywają irytujące, Nie wiem, czy lubię dzieci – wszystkich dorosłych na pewno nie lubię, więc wszystkich dzieci też lubić nie jestem w stanie. Nie przemawia do mnie ani modne ostatnio hejtowanie macierzyństwa i dzieci ani pieluszkowe zapalenie mózgu, które dopada nie tylko matki.

Natomiast podobno dzieci śmieją się 400 razy dziennie, a dorośli kilkanaście, więc na pewno warto od dzieciaków trochę się poduczyć.