Muszę powiedzieć, że dotychczas wykazywałam się sporą ignorancją jeśli chodzi o życie codzienne na Grenlandii. Ot, mieszka tam niewielu ludzi, polują na foki i jest tam ciągle zimno. „Dziewczyna bez skóry” przeniosła mnie na jakiś czas w miejsce, w którym nigdy nie chciałabym mieszkać, ale które jest bardzo fascynujące.

Coś pociągającego jest w małych, hermetycznych społecznościach (czy ktoś mógłby napisać kryminał o Amiszach??). W „Dziewczynie bez skóry” Madsa Pedera Nordbo poznajemy społeczność, która mimo tego, że znają się tam wszyscy, skrywa sporo sekretów. Cała akcja zaczyna się od tego, że znaleziono zmumifikowane ciało człowieka owiniętego w skóry i futra – przypomina wikinga więc lokalny dziennikarz, Matthew Cave sądzi, że ma do czynienia z sensacją na skalę światową. Jednak ciało znika, a człowiek, który pilnował go, zostaje bestialsko zamordowany.

Matthew zaczyna drążyć sprawę i dociera do starych, bardzo brutalnych morderstw sprzed lat. Przypuszcza, że mają one związek z seksualnym wykorzystywaniem nieletnich dziewczynek. Ktoś jednak bardzo mocno stara się, by pewne fakty z przeszłości nie wyszły na jaw.

Wszystko się komplikuje, a Matthew nie może raczej liczyć na pomoc lokalnych mieszkańców, z których większość nabrała wody w usta. Na horyzoncie pojawia się postać młodej Grenlandki, Tupaarnaq, która właśnie wyszła z więzienia, gdzie odbywała karę za zabójstwo ojca. Jej sylwetka przypomina mi Lisbeth Salander – zbuntowana, wytatuowana, ekscentryczna, nieufna i chwilami agresywna. Fanatycznie nienawidzi mężczyzn, do czego, jak się okaże, ma sporo powodów. Przeszłość wraca, mści się i nie pozwala zapomnieć.

Intryga jest skonstruowana moim zdaniem bardzo dobrze, choć nie obyło się bez pewnych znanych schematów. Jednak osadzenie akcji w tak niecodziennym miejscu sprawia, że naprawdę trudno się od tej powieści oderwać. Arktyczne zimno, dawne zbrodnie, problem wykorzystywania dziewcząt i kobiet, zmowa milczenia i samotny, zdeterminowany dziennikarz. Dołóżmy do tego niesamowite opisy opuszczonych budynków, a nawet całych osad na Grenlandii.

Przyznam, że zaciekawiło mnie codzienne życie Grenlandczyków i nawet nie zdawałam sobie sprawy, że mają tam uniwersytet, stadion, kluby sportowe i muzeum :) Zwiedziłabym, gdyby nie to, że średnia temperatura w lipcu to 10 stopni.

Niemniej, wracając do książki – polecam z czystym sumieniem.

 

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Burda Książki