Na pewno znacie akcję #metoo, podczas której kobiety opowiadają swoje historie o doświadczonym molestowaniu. W kontekście tej akcji przeczytałam kilkadziesiąt komentarzy mężczyzn i kobiet, którzy twierdzą, że „teraz to już nawet poflirtować nie można bo od razu molestowanie”. Otóż między flirtem a molestowaniem istnieje naprawdę ogromna przepaść. Dziś zatem – flirtujemy.

Flirt to zwrot pochodzący z języka starofrancuskiego. Conter fleurette oznaczało wabienie przez upuszczanie płatków kwiatów. Piękne swoją drogą, prawda? Flirt służył zacieśnianiu znajomości, znakomicie skracał dystans, niekiedy łamał normy, ale wszystko w granicach doskonałej zabawy, rozrywki – także intelektualnej, a często był to wstęp do gorącego uczucia.

Sztuka flirtu jest naprawdę niezwykła i praktykowanie jej jest bardzo ekscytujące. We flircie nie ma mowy o patosie i miłosnych wyznaniach, to raczej balansowanie na granicy intymności, gry słów i gestów.

Panowie zatroskani o to, że „nie będzie można flirtować” niestety nader często uznają obleśne, niechciane „komplementy” za flirt. A nie jest nim przecież mówienie do koleżanki, że ma ładne cycki czy super tyłek. To nigdy flirtem nie było i nie będzie. Takie zachowanie jest poniżej poziomu dżentelmena, jest zwyczajnie obrzydliwe i tak, owszem, może spokojnie być uznane za molestowanie. I nawet jeśli wasza koleżanka w reakcji na taki „komplement” zacznie chichotać, to nie znaczy, że jest zachwycona. Nam, kobietom, wpajano, że niegrzecznie jest protestować czy zachowywać się asertywnie.

 

Wróćmy do prawdziwego flirtu, pozbawionego obleśnych odzywek. Flirt przede wszystkim „wychodzi” z obu stron. Różni się od molestowania zasadniczą kwestią: jest chciany i pożądany przez obie flirtujące osoby. Rzecz jasna, któraś z tych osób musi zacząć, więc należy uważnie obserwować reakcje i zaczynać sugestywne rozmowy ostrożnie.

Flirtując, nie bójmy się długich, znaczących spojrzeń w oczy. Nie bójmy się komplementów, także tych dotyczących wyglądu, z tym że, jak pisałam wyżej, nie może to brzmieć obleśnie i chamsko. Mogą się odnosić do wyglądu, urody, ale unikajmy jednoznacznie seksualnych odniesień. Flirt to skracanie, a nie likwidowanie dystansu między dwojgiem ludzi.

Przeczytaj wpis o tym, jak prawić i przyjmować komplementy

Podczas flirtu można skracać także dystans fizyczny. Ale nadal nie mam tu na myśli łapania za pośladki, co niektórzy internetowi uwodziciele uważają za swoją ulubioną metodę. Muśnięcie dłoni, zbliżenie się do siebie w kawiarni – wiecie, jaki to ma urok? O wiele większy niż szybkie przechodzenie „do rzeczy”.

Flirtując, uważnie patrzmy, czy nie została przekroczona granica. Warto nauczyć się czytać z mowy ciała i rozumieć ją. 

Gry słów i spojrzeń, pewne niedopowiedzenia zawieszone gdzieś w powietrzu, skracanie dystansu, komplementy – można pokazać cały arsenał naszych dobrych manier i użyć ich właśnie w trakcie flirtu.

Przeciwnicy flirtowania uważają, że lepsza jest bezpośrednia rozmowa niż sugestywne niedopowiedzenia. Ja jednak uważam, że pewna niejednoznaczność w relacjach jest na początku niezwykle ciekawa i interesująca. Służy wzmacnianiu więzi lub po prostu dobrej zabawie. Nie narzuca zobowiązań.

 

Na koniec na wesoło – kilka odzywek, którymi lepiej się nie posługiwać flirtując:

„Gdybyś była kanapką w McDonald’s, nazywałabyś się McBeauty”.
„Chyba masz majtki w księżyce bo masz tyłek nie z tej ziemi”!
„Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia? Czy mam przejść jeszcze raz”?
„Gdyby wystawała ci metka to na pewno byłoby na niej napisane made in heaven'”.
„Masz może mapę? Bo zgubiłem się w twoich oczach”.
„Bolało jak spadłaś z nieba”?
„Czy to niebo się rozstąpiło, czy widzę anioła”?

Piszcie w komentarzach, czym dla Was jest flirt!