Dziś o dystansie do siebie. Czyli o cesze w sumie pozytywnej i pożądanej. Mam jednak wrażenie, że w komunikacji w internecie pojęcie dystansu do siebie jest nadużywane, a oskarżenia o brak dystansu padają gęsto i bez głębszej refleksji. To jak to jest z tym dystansem do siebie?

Czasem jakaś marka, a czasem osoba prywatna, posuwa się do niewybrednych czy kontrowersyjnych żartów. Albo bez zastanowienia nad konsekwencjami, albo po prostu ma taki rodzaj komunikacji. Osoby, które wyrażają dezaprobatę oskarżane są natychmiast o brak dystansu. To tak przewidywalne, jak miesięcznica smoleńska i podatki.

Muszę przyznać, że niesamowicie mnie to irytuje. Bo fakt, że chamski i niskich lotów żart nam nie odpowiada nie oznacza, że jesteśmy pozbawieni poczucia humoru. Zwykle taka sytuacja ma miejsce przy żartach seksistowskich. Żeby nie było – mam znajomych, którzy w taki sposób żartują, jednak dobrze się znamy i wszyscy się rozumiemy, na żywo żartujemy sobie jak lubimy. Pisząc coś w internecie, ludzie nie widzą naszych intencji i rubaszny żarcik, który przy piwie będzie bawił, na Facebooku nie zawsze – zwłaszcza gdy żarty pojawiają się na fanpejdżu jakiejś firmy.

No więc kto oskarża o „brak dystansu”? Zwróciłam uwagę na dwa typy. Pierwszy z nich to zwykle dziewczyny, nazywane „special snowflake”. Otóż taki wyjątkowy płatek śniegu śmieje się z każdego, nawet najbardziej chamskiego tekstu, bo a) zawsze lubiła bawić się z chłopakami, b) ma dystans, a nie jak wy, z kijem w tyłku, c) jej to nie obraża ani jej koleżanki, więc jest to śmieszne. Często przejawia wszystkie wyżej wymienione cechy. Najlepsze jest to, że im bardziej taki snowflake próbuje być zabawny i „równy”, tym bardziej widać, że mężczyzn traktuje jako lepszych od siebie. I ma do tego prawo, ale to z dystansem nic wspólnego nie ma.

Drugim typem jest zwykle mężczyzna, którego bardzo bawią reklamy blachodachówek z roznegliżowanymi paniami i podobne tematy. Najczęściej uważa, że a) moją żonę to bawi, więc o co wam chodzi, b) nawiedzone feminazistki psują zabawę, c) przecież to jest śmieszne, bo mnie śmieszy.

Mam wrażenie, że „dystans people” są po prostu niezadowoleni, że reakcja innych osób jest odmienna od oczekiwanej, miało być zabawnie, a tu nie jest. Więc oskarżenie o brak dystansu przychodzi najłatwiej.

Oczywiście bywa tak, że ludzie obrażają się za dość błahe rzeczy. Z różnych powodów. Mają różny stopień wrażliwości, inny rodzaj poczucia humoru, inne podejście do życia i ludzi. Nie ukrywam, że mnie nieraz dziwi, że ktoś się oburza czymś, co na mnie nie robi żadnego wrażenia. Ale nie dlatego, że ja jestem ta lepsza, tylko po prostu jesteśmy różni. Podam prosty przykład: dwie koleżanki urodziły. Jednej mówię bez ogródek, że fajne dziecko, ale pogniecione i w sumie wygląda trochę jak ziemniak. Chamsko? Ani trochę, bo się znamy i wiem, że ten żart ją rozbawi. Ale nie zaserwuję go koleżance, o której wiem, że poczułaby się dotknięta, bo ma inny sposób postrzegania. I nie jest gorsza, tylko nadajemy na innych falach. Warto o tym pamiętać.

 

A Wy co sądzicie o osławionym dystansie? :)