CattaLubię niedziele z książką. I wszystkie inne dni z książką, bo fetyszystką czytania jestem od wieku przedskolnego. Od zawsze sięgałam po lektury stanowczo zbyt poważne jak na swój wiek, głównie z uwagi na siostrę starszą o lat 14 i zapodającą mi książki nieprzystające do mego pacholego wieku. I tak w zerówce zakochałam się w „Bajkach z Królestwa Lajlonii” Kołakowskiego. Och jak ja kochałam analizować smutne losy Gyoma, który chciał zostać starszym panem. A chciał nim być dlatego, że tylko jako starszy pan zarabiałby tyle, by jego żona, Mek-Mek, kupiła sobie tyle szminki, by umalować się nią od stóp do głów. Lubiłam też opowieść o zaraźliwej łacie na spodniach. Wszystko to brzmi jak opowieści naćpanego człowieka, ale czyta się to wspaniale i w sumie można w każdym wieku. Dla dziecka to bajki, dla dorosłego – filozoficzne rozkminy.

Poza tym zaczytywałam się będąc we wczesnej podstawówce w pozytywistycznych cegłach w rodzaju „Nad Niemnem” – z opisami przyrody, tak, są tacy zboczeńcy.

W podstawówce pani w bibliotece nie chciała mi wypożyczać wierszy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej twierdząc, że są to wiersze dla dorosłych (to czemu były w szkolnej bibliotece, hę?).

Książki uwielbiam papierowe, ebooki nigdy im nie dorównają. Zapach i dotyk papieru, przerzucanie kartek nigdy nie zostanie w mojej głowie zastąpione przez czytnik. Nie zaprzeczam, że czytniki są wygodne (lepsze niż 400-stronicowa cegła noszona w torebce bo się lubi czytać w autobusie…). Ale dla mnie to zawsze będzie na 2. miejscu.

Zbieram się mozolnie do rankingu 10 najlepszych książek, które zdarzyło mi się przeczytać. Na pewno będzie tam Królestwo Lajlonii :)