No więc byłam na otwarciu słynnego już klubu Nergala w Sopocie. Słyszałam nawet, jak jakiś dziennikarzyna mówił „kultowy” – nie wiem co to za moda na nazywanie kultowym czegoś, co jest nowe i nieznane.

Ale do „adremu”: libacja kojarzy mi się przede wszystkim z właściwym znaczeniem tego słowa, a mianowicie z ofiarą dla bogów, polegającą na skropieniu ziemi winem (najkrócej mówiąc). Przez tą nazwę i wizerunek Nergala spodziewałam się więc dionizyjskiego przepychu i atmosfery nieskrępowanego hedonizmu. Pomagały w tym szumne zapowiedzi medialne, że oto jesteśmy świadkami narodzin klubu, o jakim nikt nie słyszał.

Zwartą ekipą (niektórzy uzbrojeni w zaproszenia) udaliśmy się więc do Sopotu. Po wejściu zaskoczyło mnie… w zasadzie nic. Nie było efektu WOW, nie było tego czegoś, na co liczyłam. Nie wiem na co dokładnie, ale na pewno tego nie dostałam. Klub jest urządzony interesująco, ale mało w nim detali (zapewne o to chodziło, ale przez to jest moim zdaniem zbyt ascetyczny). Sofy przywodzące na myśl atelier teatru i miło trącące dekadencją kontrastują z surowymi czarnymi ścianami praktycznie bez ozdób. Uwagę zwraca bar, na którym przedstawiona została Ostatnia Wieczerza z takimi postaciami jak Mona Lisa czy Jim Morrison. Zapewne z tego powodu brak jest krzeseł barowych. Ogólnie do siedzenia jest niewiele miejsca – sofy były zarezerwowane i inni musieli albo stać, albo siedzieć na scenie.

Z pewnością jeśli w końcu zrobi się ciepło, spora część ludzi będzie siedzieć na tarasie wyposażonym w mniejsze sofy.

Na pewno Libation spodoba się tym, którzy nie przepadają za zbyt głośną muzyką: można tam spokojnie rozmawiać, ale muzyka jest doskonale słyszalna. To miła odmiana po klubach, gdzie trzeba mocno wysilać struny głosowe, by kolega siedzący obok cokolwiek usłyszał.

Muza na otwarciu – miła dla ucha muzyka taneczna, żadne przaśne hity z Eski nam nie grożą. Można potańczyć, ale jest na to bardzo mało miejsca.

Ceny – sopockie, a więc dość wysokie, co nie jest specjalnym zaskoczeniem.

Ocena klubu – dla mnie 6/10, nie jest źle, ale nic mnie tam nie porwało na tyle, żeby znowu tam pójść, chyba, że będzie jakaś specjalna okazja. To raczej (dla mnie) będzie klub – wstępniak, żeby potem ostatecznie wylądować gdzie indziej.