teapot-691729_1280W wolnych chwilach lubię sobie poczytać natemat.pl, gdzie poza wynurzeniami zadowolonych emigrantów i sfrustrowanej reszcie można wyczytać coś interesującego. I dziś był to list pani, która w przeciwieństwie do wielu koleżanek lubi być perfekcyjna, zorganizowana i poukładana. Czytałam tekst z zaciekawieniem, bo zupełnie nie wpisywał się w obecną jedynie słuszną pochwałę niedoskonałości.

Poniekąd się nie dziwię, że ludzie, a kobiety zwłaszcza, mają dosyć tego, że muszą być doskonałe. Stąd te wszystkie „macierzyństwa bez lukru”, strony z cytatami dla zołz i Chujowa Pani Domu. Naprawdę się nie dziwię. Jednak nie podzielam, a przynajmniej mocno się staram, by nie popaść w to usprawiedliwianie swoich własnych wad walką ze stereotypami.

Autorka pisze:

Dlaczego nie mówi się o kobietach, które zwyczajnie lubią być perfekcyjne. Czy perfekcyjna musi kojarzyć się z frustracją, która z choć ma migrenę to zasiada do planszówki z dziećmi uśmiechając się przez łzy lub łapie odkurzacz i zabiera się za sprzątanie mieszkania? Co jest złego w perfekcjonizmie, na który kobiety same się decydują (celowo nie piszę skazują)?

Trafiła w punkt! Dlaczego jeśli ktoś lubi mieć wszystko zorganizowane, poukładane, ma czas na swoje pasje i w dodatku lubi zajmować się domem, to od razu nasuwa się podejrzenie, że udaje?

Ja bardzo bym chciała być taka perfekcyjna. Może nie idealna, ale z pewnością bardziej poukładana. Perfekcjonizm, o ile nie przeradza się w obsesję, to pozytywna cecha. Sprawia, że nie robimy niczego na „odwal się”. Motywuje i napędza do działania. Brak mi tego i zazdroszczę tym, którzy mają to w swojej naturze. Ja nadal się nie poddaję :)