Świadkowie Jehowy pojawiali się w moim życiu okazjonalnie. Kilkoro znałam ze szkoły. Trudno było zaprzyjaźnić się z nimi, bo choć mili i zazwyczaj uczynni, znikali wraz z ostatnim dzwonkiem i nigdzie nie dało się z nimi wyjść po lekcjach. Jednak zawsze miałam wobec tej religii mieszane uczucia, jak zresztą do każdej, która tak silnie izoluje się od innych ludzi i która pogardza tymi, którym rzekomo chce pomóc osiągnąć zbawienie.Miałam też w kontaktach ze ŚJ wrażenie, że ich odpowiedzi są jakby wyuczone, zawsze. Np. każdy z nich na pytanie, czemu nie daje prezentów na Gwiazdkę odpowiadał „my dajemy prezenty sobie przez cały rok”. Każdy. W „Świadku” też znalazłam tę odpowiedź, więc jest najpewniej zaczerpnięta z ich materiałów przeznaczonych do wewnętrznego obiegu (o których to publikacjach wspomina Rient).

Uwaga! Jeśli spodziewasz się, że w książce przeczytasz o tajemniczych obrzędach, gwałtach na dzieciach, narkotykach i innych pobudzających masową wyobraźnię ekscesach, odpuść sobie, bo tam tego nie znajdziesz.

Znajdziesz natomiast człowieka, który nie znał innej rzeczywistości. Człowieka tak gnębionego młodzieńczymi wyrzutami sumienia, że chciał się sam wykastrować. Człowieka, który gotów był się dać zabić za swoją Prawdę. I który gardził „światem” i „światusami”, bo tak ŚJ określają wszystkich poza nimi.

Sporo w książce interesujących informacji o ŚJ, o ich zasadach i sposobach działania „w terenie”, które to działanie chyba każdy z nas widział na własne oczy.

Robert, a wcześniej Łukasz, nie miał łatwego życia w tej zamkniętej społeczności. Niepewny co do swojej orientacji seksualnej, odkrywający powoli, że świat wygląda inaczej niż ten opisywany w „Strażnicy”, w końcu poddaje się i opuszcza społeczność narażając się na całkowite potępienie ze strony rodziny i przyjaciół. Na szczęście akurat od niego nie odwrócili się rodzice, co jest rzadkością.

Nie chcę tu opisywać poszczególnych wydarzeń zawartych w książce, szczególnie, że to bardziej zapis przeżyć niż kronika. Wyłania się z tego upiorny, ale pokryty lukrem obraz społeczności wyjątkowo zakłamanej od samego początku. Ci mili ludzie będą mili, dopóki do nich nie przystąpisz – potem, jeśli chcesz odejść, zerwą z tobą kontakt.

To ludzie, którzy będą uradowani, że ich dziecko umarło bo nie przyjęło transfuzji krwi – to mnie chyba najbardziej w tej religii przeraża, szczególnie, że zapisy zawarte w Biblii nie sugerują takiego postępowania.

Właśnie, Biblia… Nie jestem w tej kwestii ekspertem, ale ŚJ wyjątkowo wybiórczo traktują Biblię i na wszystkie pytania mają z góry wyuczoną odpowiedź. Zabrania im się zadawać pytania (chyba, że odpowiedź na nie wszyscy znają i jest to pytanie retoryczne), zabrania im się wątpić, wahać i zastanawiać. Na zebraniach się nie dyskutuje, a przekazuje prawdy, których nikt nie ma prawa kwestionować.

Po przeczytaniu książki zajrzałam sobie na fora stworzone przez byłych ŚJ. To są totalnie abstrakcyjne dla mnie historie, historie złamanych małżeństw, zniszczonych rodzin – tylko dlatego, że ktoś wystąpił ze społeczności. Pamiętam, że w rodzinie znajomych mi ŚJ ojciec rodziny pozostał katolikiem – matka i dzieci wstąpiły do społeczności ŚJ. Matka wraz z dziećmi utrzymywała (w jednym mieszkaniu!) kontakt ograniczający się do komunikatów i informowania o bieżących sprawach domu. Więcej nie mogli, bo ojciec był przecież „światusem”.

Książkę czyta się bardzo szybko (ja uwinęłam się w jedno popołudnie). Jeśli interesujecie się religią czy może bardziej jej wpływem na życie, powinno się wam spodobać. Autorowi życzę powodzenia w nowym życiu i podziwiam odważną decyzję.