Co jakiś czas w internecie przewijają się dyskusje o obecności dzieci w przestrzeni publicznej. O tym, co jest dopuszczalne, a co kompletnie nie. O roszczeniowych rodzicach, niewychowanych dzieciach. Jak to jest z tymi dziećmi? Czy naprawdę tak jak ryby „głosu nie mają”? Co o tym mówią zasady etykiety?

Jasno trzeba sobie zaznaczyć, że bez względu na to, czy lubimy dzieci czy nie, są one częścią społeczeństwa i domaganie się, by zniknęły z przestrzeni publicznej, jest, delikatnie mówiąc, niezbyt fajne. Tymczasem mam wrażenie, że jest bardzo dużo ludzi, którzy najchętniej pozamykaliby te dzieci w domach, albo w specjalnych kawiarniach, placach zabaw etc. Broń Boże nie do autobusu, nie do restauracji, nie do muzeum. Bo przeszkadzają.

Nie ma lepszej nauki dobrych manier u dziecka niż praca w terenie i zajęcia praktyczne. Nie oczekujmy od siedmiolatka, że będzie umiał zachować się w restauracji, skoro cały czas chodził do kawiarni dla mam z dziećmi, gdzie mógł do woli biegać i szaleć. Nawet jeśli rodzice wiele rzeczy mu tłumaczyli, to tylko praktyka tu zadziała. Na południu Europy dzieci zabiera się do pubów nawet wieczorami, nikt z tego powodu nie robi afery. U nas, w kraju chlubiącym się miłością do dzieci, te dzieci stają się persona non grata bo zapłaczą, bo powiedzą coś głośniej.

Jednak trzeba spojrzeć też na drugą stronę medalu: dla niektórych rodziców ich dziecko jest bożkiem. Może robić wszystko, bo „to tylko dziecko”. Może kopać pasażerów w autobusie, wyśmiewać się z wyglądu ludzi, pluć, szarpać. To tylko dziecko, powie mama czule. I to jest coś, czego ja zrozumieć nie potrafię. Bo ja wiem, że dziecko może się źle zachować, popełnić błąd – to mały człowiek, dopiero się uczy funkcjonowania w społeczeństwie. Ale tego, że na to rodzice nie reagują, zrozumieć nie umiem i nie akceptuję. To wy, rodzice, jesteście odpowiedzialni za dziecko. I uwierzcie mi, nie wszyscy to Wasze dziecię muszą uwielbiać za sam fakt jego istnienia. Wasze urocze dziecię może kogoś zwyczajnie obrazić albo nawet mu coś zniszczyć. Wy jesteście od tego, by zareagować, skorygować zachowanie, a w wielu wypadkach skłonić małego człowieka, by przeprosił.

Czy dzieci powinny uczestniczyć w rozmowach dorosłych? Czemu nie, ale warto je nauczyć, by nie przerywały i nie włączały się do rozmowy znienacka. Ponieważ to dość trudno wyegzekwować, doradzam patent przydatny na większych przyjęciach :) Jeśli dziecko chce coś powiedzieć, ustalcie z nim wcześniej, że podejdzie i np. dotknie waszego przedramienia. Będzie to sygnał dla rodzica, że dziecko chce coś powiedzieć i będzie można wprowadzić je do rozmowy dorosłych.

W tym sporze bezdzietni vs rodzice najbardziej uderza brak empatii i zrozumienia po obu stronach. Wielu bezdzietnych kompletnie nie przyjmuje do wiadomości, że dziecko nie jest miniaturowym dorosłym i nie wszystko jeszcze ogarnia. Wielu rodziców zaś uważa, że ich dzieciom wolno wszystko, tylko z uwagi na bycie dzieckiem.

O tym, kiedy warto zacząć uczyć dziecko dobrych manier pisałam już tutaj – klik – W zasadzie nie chciałam już do tematu wracać, ale po przeczytaniu historii o tym, że płaczące dzieci z rodzicem kierowca wyprosił z autobusu, postanowiłam jednak napisać ten tekst. Nie wiem po czyjej stronie była racja w tamtej sprawie. Wiem jednak, że internetowy hejt na rodziców nie jest wcale rzadki. Odwrotnie również: bezdzietni też są solą w oku rodziców. Szkoda, że to tak wygląda.