Istnieją takie potrawy, które choć są pyszne, nastręczają pewnych problemów w konsumpcji, zwłaszcza w towarzystwie. Dlatego właśnie przychodzę z pomocą! W pierwszym wpisie – będą ryby.

Zacznijmy od sztućców. Gdzieniegdzie wciąż panuje mało elegancki, pochodzący z PRL zwyczaj jedzenia ryby dwoma widelcami. Otóż rybę je się albo widelcem i nożem do ryb albo widelcem i „normalnym” nożem. Nóż do ryb przystosowany jest do oddzielania miękkiego rybiego mięsa od ości, ale jeśli nie posiadamy takowego, to zwykły nóż spokojnie da radę. Co prawda natknęłam się na opinię jednego z wybitnych dyplomatów, że zamiast zwykłego noża lepsze byłyby dwa widelce, ale moim zdaniem nóż jest ok :) Pamiętać jednak warto, że nóż do ryb (ten specjalny) nie służy do krojenia, a do oddzielania mięsa od ości.

Jeśli zobaczycie taki nóż przy nakryciu, to znaczy, że czeka Was posiłek z rybą w roli głównej :)

Ryba podana w postaci filetu nie nastręcza zbyt wielu kłopotów. Gorzej kiedy zostaje podana w całości. To znaczy gorzej jeśli chodzi o stopień trudności w konsumpcji. Jak sobie tu poradzić z patrzącą na nas z talerza rybą i elegancko ją pozbawić ości? I przy okazji się nimi nie zadławić.

Najpierw pozbawiamy delikatnie rybę płetw. Kiedy je odsuniemy, tniemy rybę wzdłuż linii grzbietu. Skórę z części wierzchniej odkładamy na bok talerza albo jemy, jeśli lubimy. Czasem zdarza się, że mamy koło talerza pojemnik na tego typu odpadki, wtedy wrzucamy skórę tam. Jemy rybę oddzielając kawałki mięsa od ości.

Zostaje nam część spodnia naszej ryby. Możemy ją po prostu przerzucić na drugą stronę i jeść po usunięciu skóry albo wsuwając nóż między szkielet a mięso pozbyć się ości. Pierwszy sposób jest moim zdaniem o wiele łatwiejszy, choć może nie tak elegancki.

Jeśli czujemy, że przegapiliśmy ość, nie krępujmy się jej wyjąć, ale nie wkładajmy sobie palców do ust. Po prostu pozbądźmy się dyskretnie ości na widelec i odłóżmy.

W kolejnym wpisie z tego cyklu zajmę się homarem i tym podobnymi stworzonkami. Bon appetit!