Jakoś tak jest w naszym kraju, że za zwalczanie ważnych problemów społecznych zabieramy się od złej strony. Np. zabieramy dzieci za biedę po to, by płacić zastępczej rodzinie pieniądze, którymi można byłoby przecież wspomóc rodzinę biologiczną. Od złej strony zabrano się też za postępującą skalę otyłości wśród najmłodszego pokolenia. A więc, pomyślał ustawodawca, zapewnijmy im zdrowe jedzenie w szkole to zaczną je jeść i schudną. Eureka! Proste i logiczne. Typowe myślenie kogoś, kto spędził swoje zawodowe życie za biurkiem, a nie wśród ludzi.

Zanim jeszcze weszła ustawa, przez którą ludzie stracili pracę, a dzieci sklepiki, śmiałam się, że będą dilować w szkołach drożdżówkami i faktycznie co bardziej przedsiębiorcze dzieci nabywają w Biedrze drożdżówki po 1 zł sztuka i sprzedają je z zyskiem głodnym kolegom. Nie mówiąc już o tym, że 15letnia dziewczyna nabędzie w aptece pigułkę po, ale w szkole nie może kupić kanapki z salami.

Normy, jakie wprowadził ustawodawca są nie do spełnienia. Zastanówmy się, kto z nas na co dzień gotuje bez soli i cukru, nie tyka nigdy białej mąki, nie pije nic poza wodą. Nie sądzę, że wielu. Podaruję sobie opis logistycznych trudności (zaopatrzenie, przygotowywanie potraw), bo o tym piszą wszystkie media, i słusznie.

Skąd wynika problem?

Napiszę natomiast o tym, gdzie jest źródło otyłości wśród dzieci i nie jest to sklepik szkolny, na litość boską. Otóż my jesteśmy tym źródłem. My, dorośli. Rodzice. Dziadkowie. Dobre ciocie i wujkowie.

Otyłość rodzi się tam, gdzie kilkumiesięcznemu dziecku daje się frytki bo „bardzo chce”. Gdzie daje się do memłania biszkopta dziecku, bo przecież nie wytrzyma chwilę do obiadu. Gdzie tradycją nie jest domowy obiad, a wypad do Maka. Gdzie lepiej odgrzać krokiety z dyskontu, zamiast ugotować zupę. To dorośli tuczą dzieci wyrabiając w nich złe nawyki. To nie sklepik, to dom tuczy dziecko. Dom, w którym wspólnego stołu się nie uświadczy, bo każdy je przed kompem, telewizorem, tabletem. Gdzie jedzenie staje się czynnością mechaniczną, nie towarzyską.

Ile dzieci teraz w ogóle zabiera do szkoły kanapkę? Z rozmów ze znajomymi nauczycielkami wynika, że niewiele. Kiedy ja chodziłam do szkoły, bez kanapek chodziły dzieci z ubogich rodzin. Teraz bez kanapek są ci, których rodzice zajęci bieganiem do korpo wolą dać piątaka na coś do jedzenia. To przecież znacznie wygodniej niż kombinować, żeby dzieciak dostał coś smacznego do szkoły.

Wreszcie, za otyłość winni są ci rodzice, którzy załatwiają gówniarzowi zwolnienie z WF bo się spoci. Bo ma się uczyć, co się będzie na boisku męczyć. Bo nóżkę złamie. Bo nie chce ćwiczyć. Zapewniam, że wysportowanemu lub po prostu ruchliwemu dziecku batonik nie zaszkodzi. Sama potrafiłam zjeść tych batoników sporo, ale poza tym jadłam normalne posiłki i ganiałam jak opętana, więc wszystko się spalało.

Jeśli dziecko jest z takiego fastfoodowego domu (a przyjrzyjcie się w marketach, jaki syf rodzinki wykładają na sklepową taśmę), to zdrowe jedzenie jest dla niego niesmaczne, abstrakcyjne. Ono połowy tych rzeczy nigdy nie próbowało. Nie chrupało naciowego selera, nie jadło jarmużu, nie zna smaku wyciskanego soku, tylko zna Zbyszko Trzy Cytryny oraz colę. I nagle ma mu to zdrowe jedzenie zacząć smakować.

Czy coś da się zrobić?

A sposobów na zachęcanie dzieci do zdrowego jedzenia trochę jest. Na fali popularności programów kulinarnych, MasterChefów i innych, można przecież takiego MasterChefa zrobić w szkole. Odrestaurować kuchnie w salach od „zetpetów”. Lekcje gotowania włączyć porządnie w program techniki choćby (może i nadal jest w programie, ale być może trzeba uatrakcyjnić?). Zajarać smarkaczy gotowaniem, zaprosić dietetyka z charyzmą, który wyjaśni, jak to ma wyglądać? Zaprosić na degustację rodziców, żeby ich edukować?

Skończmy – dorośli – z traktowaniem naszych ciał jak śmietniki. Nie popadajmy w ortoreksję, ale zwracajmy uwagę jak jemy, bo uczymy tego przecież dzieci.