Lubię słowo, którego użyłam w tytule, a w sumie nie za często jest mi dane doświadczać. To znaczy ja staram się okazywać, ale rzadko otrzymuję od bliźnich autentyczną radość z tego, że coś mi wyszło, udało się. Za to często udawane gratulacje lub wręcz uszczypliwości. Obserwuję to także u innych, a jako przykład podam ciążę – nie swoją :) Jestem w wieku, w którym większość Polek decyduje się na pierwsze lub kolejne dziecko. Siłą rzeczy wiele moich koleżanek i przyjaciółek rozpoczyna nowy rozdział w życiu i zostają mamami. Jedne z chęci, inne z wpadki, ale wszystkie lepiej lub gorzej starają się przystosować i cieszyć nową sytuacją. A dziś – wiadomo, social media to wdzięczne miejsce do publikacji dobrej nowiny. Reakcje? Wydawałoby się, że „gratulacje”, „wow, będziesz świetną mamą” „powodzenia”. Otóż nie! Natomiast przyszła mama dowie się faktów następujących – zawartość nawiasów moja:
– ciesz się wolnością, po porodzie to koniec (kajdanami do kołyski się przykuje czy jak?)
– oj, nie wyśpisz się przez długie lata (z pewnością do osiemnastki potomka)
– a jednak wpadliście (no i?)
– ja bym tak nie mogła (dzięki za info)
– ale chyba będziesz karmić piersią? (materiał na e-mamę)

Czytam takie teksty i w głowie mi się nie mieszczą. Wiem, że to takie żarciki, takie niby dowcipaski. A czemu nie pogratulować zupełnie szczerze? Właśnie współradować, współcieszyć.